środa, 8 kwietnia 2015

Selah Sue w poszukiwaniu muzycznej drogi

Muzyka belgijska nie jest już tak popularna w Europie, jak miało to miejsce pod koniec ubiegłego wieku, nie można jednak zapominać o pewnych wyjątkach od tej reguły. Jednym z nich jest dorobek muzyczny Selah Sue – piosenkarki i autorki tekstów urodzonej w 1989 i potwierdzającej, że naprawdę dobra muzyka nie zna ograniczeń stylistycznych i gatunkowych. W swoich utworach Selah Sue garściami czerpie z tego, co może jej zaoferować reggae, rock, funk i soul, na jej najnowszej płycie potwierdza zaś, że również utwory hip-hopowe nie są jej wcale obce.
Druga płyta wokalistki – wydany w 2015 roku album „Reason” była jednym z najbardziej wyczekiwanych albumów nie tylko w Belgii, ale i w innych częściach świata. Trudno się temu dziwić, skoro powstała po czterech latach od chwili wydania debiutanckiej płyty. Sama artystka zastrzega, że nowy album nie świadczy o tym, że znalazła się u kresu swojej muzycznej drogi. Przeciwnie, poszukiwania nadal trwają, a zarówno zróżnicowanie stylistyczne płyty, jak i długi czas jej przygotowania stanowią tego najlepszy dowód. Jeśli jednak kolejne albumy mają być tak samo dobre, warto będzie na nie czekać.

piątek, 27 marca 2015

Piasek, Holendrzy i... najnowsza historia polskiej piosenki


Andrzej Piaseczny, znany też jako Piasek, to artysta, który już wiele lat temu zdobył sobie uznanie fanów. Co więcej, ostatnie kilka lat to okres swego rodzaju renesansu jego popularności, Piaska odkrywają bowiem kolejne pokolenia zachwycone jego przenikliwością, serdecznością, ciepłem oraz wrażliwością. Najnowszy album artysty zatytułowany „Kalejdoskop” może powtórzyć sukces wcześniejszych wydawnictw, a niebanalny pomysł na jego realizację sprawia, że jest on w stanie zainteresować swoją zawartością nawet te osoby, które nigdy nie uznawały się za fanów Piasecznego.
Już na wstępie warto podkreślić, że Piasek poprosił o pomoc w realizacji albumu muzyków z The Metropole Orkest – holenderskiej orkiestry uważanej za jedną z najciekawszych orkiestr towarzyszących wykonawcom muzyki rozrywkowej. Oprawa muzyczna nie jest jednak wcale jedynym przyjemnym zaskoczeniem, nie mniej istotne wydaje się bowiem i to, że same kompozycje mogą zachwycić nawet osoby o najbardziej wyszukanych gustach. Kto nie chciałby bowiem usłyszeć, jak brzmią w wykonaniu Piasecznego utwory pierwotnie wykonywane przez Nosowską, Myslovitz oraz Bartoszewicz?

środa, 18 marca 2015

Mroczny spacer po nocnym Londynie


The Prodigy to zespół o ugruntowanej pozycji na rynku, nie można jednak nie dostrzec tego, że jego ostatnie albumy studyjne nie cieszyły się aż tak dużą popularnością, jak wcześniejsze produkcje. Fani zarzucali muzykom odejście od tego, co ich charakteryzowało i naśladownictwo, a więc znaczące obniżenie poprzeczki, a i krytycy muzyczni nie byli zachwyceni, brakowało im bowiem zadziorności, która sprawiła, że The Prodigy wybił się na tle dziesiątek niemal takich samych zespołów. Nawet osoby podchodzące do nowego albumu z dużą dozą sceptycyzmu już choćby po to, aby się nie rozczarować, nie powinny być jednak zawiedzione – wydany w 2015 roku album „The Day Is My Enemy” to powrót zespołu w naprawdę dobrym stylu.
Płyta to swego to swego rodzaju przewodnik po nocnym życiu Londynu, mylą się jednak osoby, które w czternastu kolejnych utworach oczekują relacji z pełnych dobrej zabawy imprez. Emocją, która zwraca na siebie uwagę na tym krążku jest przede wszystkim gniew i to on dominuje w każdym dźwięku. Płycie można zarzucać pewien brak różnorodności, ostrość i wyrazistość sprawia jednak, że album nie musi bać się krytyki.

wtorek, 17 marca 2015

Marina po życiowym zakręcie


Marina Diamiandis znana lepiej jako Marina and The Diamonds uznała najwyraźniej, że jej publiczność wystarczająco długo czekała na nowy album. 2015 rok przyniósł więc niemały prezent dla osób, które zachwyciły się wcześniejszymi albumami artystki. Poprzednie wydawnictwo ukazało się w roku 2012, uzasadnione było więc oczekiwanie dość radykalnych zmian. Rzeczywiście, zmiany te nastąpiły, dotyczą przy tym nie tylko muzyki, ale i życia samej Mariny.
Osoby zakochane w alter ego artystki, jakim była niewątpliwie Electra Heart z jej ostatniego albumu, mogą być nieco zawiedzione. W nowym albumie „Froot” nie ma już po niej śladu, a Marina wcale nie jest przekonana, czy Electra kiedykolwiek wróci. Na tym nie kończą się nowości, album różni się bowiem od pozostałych zarówno brzmieniem, jak tym, co oferuje jego warstwa tekstowa. To płyta bardzo intymna, w której wokalistka rozstaje się z przeszłością, dokonuje podsumowania tego, co się nie udało, mówi o swoich błędach, a jednocześnie nie wstydzi się przyznać do tego, że jest szczęśliwa. Co ciekawe, jeden z dwunastu utworów została zainspirowany pobytem w Polsce.

środa, 4 lutego 2015

True School w polskim wydaniu


Rap dzieli się zazwyczaj na trzy szkoły. Pierwsza z nich to tak zwana stara szkoła, oldschool. Dominują w niej stosunkowo proste, ale za to bardzo agresywne teksty. Muzyka nie jest specjalnie wyszukana i czasami po prostu pojawia się dudnienie. Tutaj czasami mamy też różne wokale śpiewających refreny pań. Nowa szkoła to z kolei rap uciekający w kierunku muzyki pop. Może tu się pojawić solówka na gitarze, raper sam próbuje śpiewać, zwykle z opłakanym efektem, a teksty potrafią naśladować przeboje Justina Biebera. Dobrym przykładem jest tutaj chociażby Kanye West. Jest też jeszcze tru(e) school, tak zwana szkoła prawdziwa. Jej przedstawicielem jest właśnie Dudek.

    Rap powstawał na samym początku jako chęć artystycznego wyrażenia się przez ludzi ulicy. Nie żadnych gangsterów czy przestępców. Biedne chłopaki chciały pokazać, że mają coś w głowie i chcą to wyrazić. Wierzyli i dalej wierzą w siłę słowa. I to wcale nie prostego słowa, w którym „nigga” rymuje się ze wszystkim. Tru school to poeci ulicy, róże, które wyrosły wśród betonowych płyt, jak sami określali siebie w najważniejszych utworach tego nurtu. Na płycie Dudka poznajemy właśnie takich ludzi, którzy realnie mają codo powiedzenia i chcą to zrobić w artystyczny sposób.

wtorek, 3 lutego 2015

Przegląd inspiracji Diany Krall


Wallflower t tytuł najbardziej ukochanej piosenki wszechczasów dla Diany Krall. Wykonywał go jako pierwszy Bob Dylan i Krall postanowiła także spróbować swoich sił na tym polu. W oryginale artysta grał na gitarze i harmonii, ona jest wybitną pianistką i tę część swojego talentu także włożyła w klasyczny utwór, by nadać mu nowej, własnej jakości.
    Całe wydawnictwo to zestaw piosenek, które na różnych punktach kariery, albo tak jak w przypadku Wallflower, przez całą karierę miały wpływ na twórczą działalność artystki. Czasami są to przeboje bardziej statyczne i melancholijne, kiedy indziej są przepełnione energią i porywają do tańca. Najważniejsze jest jednak to, że są stworzone od zera na nowo i do tego bardzo mocno zmienił się ich wydźwięk.
    Diana Krall jest śpiewaczką i pianistką jazzową, co często ostro kontrastuje z repertuarem, jaki wybrała na tę płytę. Niektórzy z coverowanych artystów nawet jasno określali się jako osoby nieprzepadające za jej stylem muzycznym, ale nie da się ukryć, że nowe spojrzenie na ich utwory jest na pewno ciekawe i nawet jeśli pozostaniemy przy zdaniu, że zawsze najlepsze są nieśmiertelne oryginały, to będziemy w stanie docenić wartość dodaną zaproponowaną przez artystkę.

Elektronika i smyczki


Natalia Kukulska bardzo zmieniła swój repertuar w ostatnich latach. Ze względu na męża bardzo mocno posunęła się w kierunku muzyki elektronicznej, chociaż cały czas jej twórczość należy klasyfikować jako czysty pop i na pewno nie można doszukiwać się tam czegoś więcej. Głos pozostał ten sam, a instrumentarium to pewnie dość materiału na niejedną pracę doktorską z teorii muzyki. Co ciekawe, bardzo często pojawiają się tutaj nie tylko instrumenty syntetyzowane przez specjalne urządzenia elektroniczne, ale także instrumenty jak najbardziej naturalne i do tego nierzadko wyjątkowo nietypowe, jak na środowisko muzyki elektronicznej.
    Ten album muzyczny to jednak coś znacznie bardziej interesującego, niż tylko pop w klimatach elektronicznych. Część utworów zostało bowiem nagranych podwójnie. Pierwsza wersja to elektronika charakterystyczna dla całej płyty. Druga wersja została nagrana na żywo razem z udziałem znakomitego kwartetu smyczkowego zastępującego wszystkie elektroniczne dźwięki w piosenkach. I był to strzał w dziesiątkę. Z wydawnictwa dla niewielkiej grupy ludzi lubiących dziwne klimaty elektroniczne, płyta stała się propozycją dla bardzo szerokiego grona melomanów i miłośników jazzu.